niedziela, 23 lutego 2014

Próba


Siedziała tak już drugą godzinę i przez cały ten czas nie drgnęła ani o centymetr. Wdech, wydech, wdech…  Kanapa pod oknem zdawała się być idealnym miejscem na marnowanie życia. To był dla niej swego rodzaju azyl, w którym chowała się przed całym złem tego świata i - co najtrudniejsze i niezmiernie przygnębiające - do którego próbowała uciec przed samą sobą. Czasem odwracała głowę, by spojrzeć na to dwumilionowe miasto, tak małe z jej perspektywy. Przez szybę wydawało się być figurką zamkniętą w szklanej kuli wypełnionej wodą i sztucznym śniegiem. Ot, taka pamiątka z Warszawy. 
Nie pamiętała już, jak jej serce biło w rytmie miasta. Kiedy sama była jedną z tych mrówek w centrum. „Kiedyś wrócę, obiecuję” – przysięgała.
Nic nie było tak łatwe, jak brzmiało. Jej życie przestało być bajką – nie przypominała już nijak Roszpunki o pięknych włosach, a i kawalerka w której mieszkała nie umywała się nawet do nędznej wieży, co dopiero do pięknego pałacu. Można je było opisać raczej parafrazując tytuł znanego programu – „20m2 Zuzanny”. Dodatkowo wyglądało, jakby ktoś przed chwilą się włamał – co wcale nie musiało być tak dalekie od prawdy, biorąc pod uwagę głębokość transu w jaki wpadła. Cóż, entropia nigdy nie była jej przyjaciółką, a stopień nieuporządkowania układu rósł z dnia na dzień. Masa brudnych kubków na stole i szafkach, kilka nieumytych talerzy. Pod ścianą leżała sterta nieposegregowanych ubrań. Nie widziała potrzeby by je dzielić w jakikolwiek sposób, skoro i tak wszystkie były brudne. Lecz zupełnie jej to nie przeszkadzało. Przynajmniej dopóki nie musiała przedrzeć się przez pokój by dotrzeć do łazienki – potykała się wtedy o takie rzeczy, o jakich nawet nie myślała, że je ma.
Właściwie zaczęła się już przyzwyczajać do takiego stylu życia – o ile można to tak w ogóle nazwać. Spała większość czasu, prawie nic nie jadła. Ledwo egzystowała, nie mówiąc już o jakimkolwiek sensie takiego istnienia. Jeszcze nie tak dawno temu, a już po tym jak zostawiła pracę, pozwalała sobie na „rozrywkę” w postaci telewizji. Programy śniadaniowe, powtórki programów kulinarnych, seriale paradokumentalne o problemach ludzi pierwszego świata.
„Ile bym dała, by mieć takie problemy…”
Teraz nawet nie ma telewizora, nie cieszyło jej już to pudełko z obrazkami. W obecnym  świecie technologii pudło to złe słowo – przypomina raczej teczkę na rysunki dzieci. Kiedyś życie postaci było dla niej namiastką jej własnego, niestety, dotarła do momentu, w którym nawet najgłośniejsze programy nie były w stanie zagłuszyć krzyku w jej głowie, więc przestała chociażby próbować. Podobnie było z muzyką – płyty ulubionych wykonawców, które dawniej przynosiły jej ukojenie, stoją teraz równo ustawione na najwyższej półce wiszącej na ścianie, zbierając coraz to więcej kurzu, od dawna nawet nietknięte.
Każda nuta utworów, które zna na pamięć, przynosiła jej ból. Sama nie potrafiła zrozumieć jego pochodzenia, upatrując przyczyny we wszystkich wspomnieniach, które przychodziły razem z dźwiękiem. A przeszłość wciąż napawała ją lękiem.
Podobnie jak przyszłość, a także tu i teraz.
Wcześniej zależało jej na organizacji. Każda rzecz w jej otoczeniu musiała mieć swoje miejsce, a szczegóły zależały już od ogólnego nastroju. Zwykle wybierała to, co zgadzało się z jej logiką, rozmieszczając starannie według przeznaczenia. Dalej według koloru, rozmiaru, kształtu – musiała istnieć jakaś zasada. Prowadziła kalendarze, dzienniki, robiła plany dnia. Nic nie mogło wyjść spod jej kontroli. Już wtedy się obawiała się, że nie da rady. Z czym? Praktycznie ze wszystkim, życie zaczynało ją przerastać.
Lubiła czytać książki. Nie znaczy to jednak, że robiła to często, na pewno nie w ostatnich tygodniach. Zazdrościła tym wszystkim, którzy potrafią się skoncentrować na jednej rzeczy przez dłuższą chwilę. „Ludzie nie doceniają takich drobnych przyjemności” – myślała o tym za każdym razem, kiedy znów próbowała czytać, bez skutku. Znała znaczenie słów, czasem udało jej się nawet zrozumieć sens zdania, ale zdolność do przetwarzania informacji utraciła, nie mówiąc o zapamiętaniu tego, co przeczytała stronę wcześniej. Zupełnie przestała czerpać przyjemność z lektury, która nagle stała się wyzwaniem.
Straciła znacznie więcej. Jej dotychczasowe życie było jednym wielkim procesem, w którym odkrywała tajniki nauki. Nie tylko to „co?” było ważne. Zawsze pojawiało się pytanie „dlaczego?” i nigdy nie była choć trochę usatysfakcjonowana niepełną odpowiedzią. To był jej cel – odkryć tak wiele, ile tylko da radę. Nie obchodziła jej sława, tytuły, nagrody. Robiła to dla ludzi, nie tylko współczesnych, ale w imię przodków z przeznaczeniem dla przyszłych pokoleń. Jednak zupełnie szczerze, w głębi duszy była egoistką. Chciała tę wiedzę mieć, chciała wszystko rozumieć. Chciała tego wszystkiego dla siebie. Nigdy takie podejście jej nie zaszkodziło, wręcz przeciwnie. Wznosiła się na wyżyny wiedzy, czując, że właśnie to może być sensem jej życia. Do czasu…
Nie rozumiała, dlaczego inni wyjątkowo współczują sportowcom kontuzjowanym w wypadkach, a nie obchodzą ich ludzie nauki z zaburzeniami psychicznymi. Co zostaje naukowcowi, który utracił zdolność trzeźwego myślenia? Wnioskując z tego, co mówili jej znajomi, cała masa możliwości! Mniej więcej tyle, ile zostaje mistrzowi w bieganiu, który właśnie stracił nogę – ale jemu nikt tego wprost nie powie.
„Dlaczego ludzie nie wierzą w choroby psychiczne?” – o to właśnie pytała sama siebie zdecydowanie częściej niż powinna. Nawet ona miała z tym problem. Gdzieś w głębi jej umysłu siedział pewien głos, który nie należał do niej. To on rujnował wszystko to, nad czym ona tak ciężko pracowała. Nazywała to różnie: ten Głos, dochodzący jakby spod ziemi. Te Myśli – wijące się niczym węże, bardzo jadowite. Mój Największy Wróg – który nigdy mnie nie opuszcza, stoi obok zanosząc się histerycznym śmiechem za każdym razem, kiedy wbije mi nóż w plecy. Mój Mroczny Pasażer…
Była w wielkiej nędzy i myśl o tym, że to jej wina była jedyną rzeczą, której naprawdę nie mogła znieść. Nie wierzyła, że jest chora. Musiał być jakiś powód, dla którego nie jest już tak jak dawniej. A skoro nie radziła sobie ze znalezieniem przyczyny – jej odpowiedź pojawiała się sama: „To moja wina!”. Szczęście w nieszczęściu – miała w sobie nadal tę racjonalną cząstkę, która była w stanie walczyć z Głosem. I choć sama do siebie mówiła, że jest chora, On nie dawał się tak łatwo pokonać – w końcu był częścią jej i tak jak ona był w stanie przetrwać wiele, a jednocześnie był tak genialny, że wychodził z coraz to nowszymi sposobami na pogrążenie jej racjonalnej części. To jest wręcz niewyobrażalne…
Nadal siedziała na kanapie bez ruchu.
Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio dziękowała losowi za to, że żyje. Ktoś mógłby pomyśleć, że osoba w takim stanie nienawidzi tego świata i chce ze sobą skończyć. Choć często jest to smutna prawda, w jej przypadku było inaczej. Ona nie chciała odejść. Wręcz przeciwnie, całą siłę jaką miała wykorzystywała na walkę z samą sobą, z własną psychiką. Chciała wygrać, wręcz potrzebowała zwycięstwa. Robiła to tylko i wyłącznie po to, by jej nowa wersja - ta tylko trochę starsza, a za to dużo mądrzejsza i bogatsza o doświadczenia - była lepsza niż obecna. Kochała samą siebie, w sposób w jaki każdy powinien troszczyć się o własne ja. Wierzyła, że nie można cenić innych, jeśli brakuje nam szacunku do siebie. Szkoda, że ostatnio tego nie czuła…
Żaden z jej znajomych nawet nie podejrzewałby, że coś nagle jest nie tak… Spędzała wprawdzie coraz więcej czasu na portalach społecznościowych. To, że z wyboru mieszkała sama, wcale nie oznacza, że nie czuła się samotna. W tych momentach, kiedy rzeczywistość mieszała się ze światem wirtualnym, nie widziała różnicy między rozmową na żywo, a pisaniem na czatach czy forach. Poza jedną właściwie – w internecie nie czuła strachu przed rozmową. To pozwalało jej się uwolnić, przenikać sprawnie pomiędzy kolejnymi wymiarami. Czasem po prostu chciała czuć się potrzebna, dlatego spędzała godziny na udzielanie porad w internecie. Co za ironia! Poświęcała się dla innych, gdy sama potrzebowała pomocy… Ale to dawało jej siłę. Kiedy słyszała podziękowania i miała świadomość, że właśnie czyjś dzień stał się choć trochę lepszy i to właśnie dzięki niej, czuła, że zasługuje na to, żeby… żyć.
Tylko fragmenty wspomnień pozwalały jej przetrwać. Funkcjonowała, bo ciągle na nowo przypominała sobie uśmiech na twarzy przyjaciela pojawiający się na jej widok. Pamiętała jak usłyszała, że ktoś nie dałby sobie bez niej rady. I wystarczyła jej jedna osoba, nie więcej, której życie stało się lepsze za jej zasługą, by mieć stuprocentową pewność, że czas spędzony w psychologicznym piekle nie był stracony.
Miała to niesamowite szczęście, a zarazem wielki zaszczyt móc powiedzieć: mam przyjaciół. Ludzie wspierali ją na każdym kroku, ale to i tak od niej zależała cała jej przyszłość. Niestety, paradoksalnie wcale nie czuła się z tym lepiej. Jedyne o czym była w stanie myśleć, był fakt, że ludzie w nią wierzą, a ona i tak nie daje sobie rady. W takich momentach zawodzi nie tylko siebie, bo słyszy też smutek w głosie bliskich. Nie można zrozumieć co czuje osoba chora, dopóki nie stanie się na jej miejscu. Było to jasno widać w zachowaniach jej znajomych – nikt tak naprawdę nie wiedział, co ma robić. A reakcje istotnie były różne. Jedni próbowali odciągnąć jej uwagę od zmartwień, ciągle żartując i opowiadając wesołe historie. Niektórzy szukali rozwiązań, albo smucili się wraz z nią. Czasem ignorowali zaburzenia, a nawet ją samą. Tak – część nie wiedząc jak ma się zachować, wolała po prostu unikać spotkania. Tak naprawdę nic z tego nie było całkowicie dobre. Dla niej liczyło się się tylko jedno – nie to, co robili, ale to, że po prostu byli!
Wiedziała, że musi walczyć. Na stole leżało całe pudełko tabletek szczęścia. Obok notatniki z zadaniami z terapii. Na ścianach wisiały plakaty dawnych idoli – od aktorów po naukowców. Jej pokój pełen był gadżetów z Londynu i Berlina – miast, które pragnęła ponownie odwiedzić. To wszystko miało jej przypominać o tym, że to co teraz czuje to stan przejściowy, że ze wszystkim sobie poradzi, że znów będzie sobą. Czekała tylko na znak...
Wykorzystała moment, w którym chęć powrotu do zdrowia była silniejsza niż głosy w jej głowie. Powoli wstała z kanapy i choć zrobiło jej się ciemno przed oczami, szybko doszła do siebie. Założyła buty i kurtkę w takim pośpiechu, jakby bała się, że nie zdąży, że coś ją zatrzyma. Wyszła z mieszkania zamykając za sobą drzwi. Nie wiedziała jeszcze dokąd idzie, ani jak długo będzie szła. Tajemnicą było to, co napotka na swojej drodze. Choć czuła nieziemski lęk, wierzyła, że da sobie ze wszystkim radę, musiała. W końcu najważniejszy krok – wyjście z piekła na ziemi – miała już za sobą.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz