Siedziała
tak już drugą godzinę i przez cały ten czas nie drgnęła ani o centymetr. Wdech,
wydech, wdech… Kanapa pod oknem zdawała
się być idealnym miejscem na marnowanie życia. To był dla niej swego rodzaju
azyl, w którym chowała się przed całym złem tego świata i - co najtrudniejsze i
niezmiernie przygnębiające - do którego próbowała uciec przed samą sobą. Czasem
odwracała głowę, by spojrzeć na to dwumilionowe miasto, tak małe z jej
perspektywy. Przez szybę wydawało się być figurką zamkniętą w szklanej kuli
wypełnionej wodą i sztucznym śniegiem. Ot, taka pamiątka z Warszawy.
Nie
pamiętała już, jak jej serce biło w rytmie miasta. Kiedy sama była jedną z tych
mrówek w centrum. „Kiedyś wrócę, obiecuję” – przysięgała.
Nic
nie było tak łatwe, jak brzmiało. Jej życie przestało być bajką – nie
przypominała już nijak Roszpunki o pięknych włosach, a i kawalerka w której
mieszkała nie umywała się nawet do nędznej wieży, co dopiero do pięknego
pałacu. Można je było opisać raczej parafrazując tytuł znanego programu – „20m2
Zuzanny”. Dodatkowo wyglądało, jakby ktoś przed chwilą się włamał – co wcale
nie musiało być tak dalekie od prawdy, biorąc pod uwagę głębokość transu w jaki
wpadła. Cóż, entropia nigdy nie była jej przyjaciółką, a stopień
nieuporządkowania układu rósł z dnia na dzień. Masa brudnych kubków na stole i
szafkach, kilka nieumytych talerzy. Pod ścianą leżała sterta nieposegregowanych
ubrań. Nie widziała potrzeby by je dzielić w jakikolwiek sposób, skoro i tak
wszystkie były brudne. Lecz zupełnie jej to nie przeszkadzało. Przynajmniej
dopóki nie musiała przedrzeć się przez pokój by dotrzeć do łazienki – potykała
się wtedy o takie rzeczy, o jakich nawet nie myślała, że je ma.
Właściwie
zaczęła się już przyzwyczajać do takiego stylu życia – o ile można to tak
w ogóle nazwać. Spała większość czasu, prawie nic nie jadła. Ledwo egzystowała,
nie mówiąc już o jakimkolwiek sensie takiego istnienia. Jeszcze nie tak dawno
temu, a już po tym jak zostawiła pracę, pozwalała sobie na „rozrywkę” w postaci
telewizji. Programy śniadaniowe, powtórki programów kulinarnych, seriale
paradokumentalne o problemach ludzi pierwszego świata.
„Ile
bym dała, by mieć takie problemy…”
Teraz
nawet nie ma telewizora, nie cieszyło jej już to pudełko z obrazkami. W
obecnym świecie technologii pudło to złe
słowo – przypomina raczej teczkę na rysunki dzieci. Kiedyś życie postaci było dla
niej namiastką jej własnego, niestety, dotarła do momentu, w którym nawet
najgłośniejsze programy nie były w stanie zagłuszyć krzyku w jej głowie, więc
przestała chociażby próbować. Podobnie było z muzyką – płyty ulubionych
wykonawców, które dawniej przynosiły jej ukojenie, stoją teraz równo ustawione
na najwyższej półce wiszącej na ścianie, zbierając coraz to więcej kurzu, od
dawna nawet nietknięte.
Każda
nuta utworów, które zna na pamięć, przynosiła jej ból. Sama nie potrafiła
zrozumieć jego pochodzenia, upatrując przyczyny we wszystkich wspomnieniach,
które przychodziły razem z dźwiękiem. A przeszłość wciąż napawała ją lękiem.
Podobnie
jak przyszłość, a także tu i teraz.
Wcześniej
zależało jej na organizacji. Każda rzecz w jej otoczeniu musiała mieć swoje
miejsce, a szczegóły zależały już od ogólnego nastroju. Zwykle wybierała to, co
zgadzało się z jej logiką, rozmieszczając starannie według przeznaczenia. Dalej
według koloru, rozmiaru, kształtu – musiała istnieć jakaś zasada. Prowadziła
kalendarze, dzienniki, robiła plany dnia. Nic nie mogło wyjść spod jej
kontroli. Już wtedy się obawiała się, że nie da rady. Z czym? Praktycznie ze
wszystkim, życie zaczynało ją przerastać.
Lubiła
czytać książki. Nie znaczy to jednak, że robiła to często, na pewno nie w
ostatnich tygodniach. Zazdrościła tym wszystkim, którzy potrafią się
skoncentrować na jednej rzeczy przez dłuższą chwilę. „Ludzie nie doceniają
takich drobnych przyjemności” – myślała o tym za każdym razem, kiedy znów
próbowała czytać, bez skutku. Znała znaczenie słów, czasem udało jej się nawet
zrozumieć sens zdania, ale zdolność do przetwarzania informacji utraciła, nie
mówiąc o zapamiętaniu tego, co przeczytała stronę wcześniej. Zupełnie przestała
czerpać przyjemność z lektury, która nagle stała się wyzwaniem.
Straciła
znacznie więcej. Jej dotychczasowe życie było jednym wielkim procesem, w którym
odkrywała tajniki nauki. Nie tylko to „co?” było ważne. Zawsze pojawiało się
pytanie „dlaczego?” i nigdy nie była choć trochę usatysfakcjonowana niepełną
odpowiedzią. To był jej cel – odkryć tak wiele, ile tylko da radę. Nie
obchodziła jej sława, tytuły, nagrody. Robiła to dla ludzi, nie tylko
współczesnych, ale w imię przodków z przeznaczeniem dla przyszłych pokoleń.
Jednak zupełnie szczerze, w głębi duszy była egoistką. Chciała tę wiedzę mieć,
chciała wszystko rozumieć. Chciała tego wszystkiego dla siebie. Nigdy takie
podejście jej nie zaszkodziło, wręcz przeciwnie. Wznosiła się na wyżyny wiedzy,
czując, że właśnie to może być sensem jej życia. Do czasu…
Nie
rozumiała, dlaczego inni wyjątkowo współczują sportowcom kontuzjowanym w
wypadkach, a nie obchodzą ich ludzie nauki z zaburzeniami psychicznymi. Co
zostaje naukowcowi, który utracił zdolność trzeźwego myślenia? Wnioskując z
tego, co mówili jej znajomi, cała masa możliwości! Mniej więcej tyle, ile
zostaje mistrzowi w bieganiu, który właśnie stracił nogę – ale jemu nikt tego
wprost nie powie.
„Dlaczego
ludzie nie wierzą w choroby psychiczne?” – o to właśnie pytała sama siebie
zdecydowanie częściej niż powinna. Nawet ona miała z tym problem. Gdzieś w
głębi jej umysłu siedział pewien głos, który nie należał do niej. To on
rujnował wszystko to, nad czym ona tak ciężko pracowała. Nazywała to różnie:
ten Głos, dochodzący jakby spod ziemi. Te Myśli – wijące się niczym węże,
bardzo jadowite. Mój Największy Wróg – który nigdy mnie nie opuszcza, stoi obok
zanosząc się histerycznym śmiechem za każdym razem, kiedy wbije mi nóż w plecy.
Mój Mroczny Pasażer…
Była
w wielkiej nędzy i myśl o tym, że to jej wina była jedyną rzeczą, której
naprawdę nie mogła znieść. Nie wierzyła, że jest chora. Musiał być jakiś powód,
dla którego nie jest już tak jak dawniej. A skoro nie radziła sobie ze
znalezieniem przyczyny – jej odpowiedź pojawiała się sama: „To moja wina!”.
Szczęście w nieszczęściu – miała w sobie nadal tę racjonalną cząstkę, która
była w stanie walczyć z Głosem. I choć sama do siebie mówiła, że jest chora, On
nie dawał się tak łatwo pokonać – w końcu był częścią jej i tak jak ona
był w stanie przetrwać wiele, a jednocześnie był tak genialny, że wychodził z
coraz to nowszymi sposobami na pogrążenie jej racjonalnej części. To jest wręcz
niewyobrażalne…
Nadal
siedziała na kanapie bez ruchu.
Próbowała
sobie przypomnieć, kiedy ostatnio dziękowała losowi za to, że żyje. Ktoś mógłby
pomyśleć, że osoba w takim stanie nienawidzi tego świata i chce ze sobą
skończyć. Choć często jest to smutna prawda, w jej przypadku było inaczej. Ona
nie chciała odejść. Wręcz przeciwnie, całą siłę jaką miała wykorzystywała na
walkę z samą sobą, z własną psychiką. Chciała wygrać, wręcz potrzebowała
zwycięstwa. Robiła to tylko i wyłącznie po to, by jej nowa wersja - ta tylko
trochę starsza, a za to dużo mądrzejsza i bogatsza o doświadczenia - była
lepsza niż obecna. Kochała samą siebie, w sposób w jaki każdy powinien
troszczyć się o własne ja. Wierzyła, że nie można cenić innych, jeśli brakuje
nam szacunku do siebie. Szkoda, że ostatnio tego nie czuła…
Żaden
z jej znajomych nawet nie podejrzewałby, że coś nagle jest nie tak… Spędzała
wprawdzie coraz więcej czasu na portalach społecznościowych. To, że z wyboru
mieszkała sama, wcale nie oznacza, że nie czuła się samotna. W tych momentach,
kiedy rzeczywistość mieszała się ze światem wirtualnym, nie widziała różnicy
między rozmową na żywo, a pisaniem na czatach czy forach. Poza jedną właściwie
– w internecie nie czuła strachu przed rozmową. To pozwalało jej się uwolnić,
przenikać sprawnie pomiędzy kolejnymi wymiarami. Czasem po prostu chciała czuć
się potrzebna, dlatego spędzała godziny na udzielanie porad w internecie. Co za
ironia! Poświęcała się dla innych, gdy sama potrzebowała pomocy… Ale to dawało
jej siłę. Kiedy słyszała podziękowania i miała świadomość, że właśnie czyjś
dzień stał się choć trochę lepszy i to właśnie dzięki niej, czuła, że zasługuje
na to, żeby… żyć.
Tylko
fragmenty wspomnień pozwalały jej przetrwać. Funkcjonowała, bo ciągle na nowo
przypominała sobie uśmiech na twarzy przyjaciela pojawiający się na jej widok.
Pamiętała jak usłyszała, że ktoś nie dałby sobie bez niej rady. I wystarczyła
jej jedna osoba, nie więcej, której życie stało się lepsze za jej zasługą, by
mieć stuprocentową pewność, że czas spędzony w psychologicznym piekle nie był stracony.
Miała
to niesamowite szczęście, a zarazem wielki zaszczyt móc powiedzieć: mam
przyjaciół. Ludzie wspierali ją na każdym kroku, ale to i tak od niej zależała
cała jej przyszłość. Niestety, paradoksalnie wcale nie czuła się z tym lepiej.
Jedyne o czym była w stanie myśleć, był fakt, że ludzie w nią wierzą, a ona i
tak nie daje sobie rady. W takich momentach zawodzi nie tylko siebie, bo słyszy
też smutek w głosie bliskich. Nie można zrozumieć co czuje osoba chora, dopóki
nie stanie się na jej miejscu. Było to jasno widać w zachowaniach jej
znajomych – nikt tak naprawdę nie wiedział, co ma robić. A reakcje istotnie
były różne. Jedni próbowali odciągnąć jej uwagę od zmartwień, ciągle żartując i
opowiadając wesołe historie. Niektórzy szukali rozwiązań, albo smucili się wraz
z nią. Czasem ignorowali zaburzenia, a nawet ją samą. Tak – część nie wiedząc
jak ma się zachować, wolała po prostu unikać spotkania. Tak naprawdę nic z tego
nie było całkowicie dobre. Dla niej liczyło się się tylko jedno – nie to,
co robili, ale to, że po prostu byli!
Wiedziała,
że musi walczyć. Na stole leżało całe pudełko tabletek szczęścia. Obok
notatniki z zadaniami z terapii. Na ścianach wisiały plakaty dawnych idoli – od
aktorów po naukowców. Jej pokój pełen był gadżetów z Londynu i Berlina – miast,
które pragnęła ponownie odwiedzić. To wszystko miało jej przypominać o tym, że
to co teraz czuje to stan przejściowy, że ze wszystkim sobie poradzi, że znów
będzie sobą. Czekała tylko na znak...
Wykorzystała
moment, w którym chęć powrotu do zdrowia była silniejsza niż głosy w jej
głowie. Powoli wstała z kanapy i choć zrobiło jej się ciemno przed oczami,
szybko doszła do siebie. Założyła buty i kurtkę w takim pośpiechu, jakby bała
się, że nie zdąży, że coś ją zatrzyma. Wyszła z mieszkania zamykając za sobą
drzwi. Nie wiedziała jeszcze dokąd idzie, ani jak długo będzie szła. Tajemnicą
było to, co napotka na swojej drodze. Choć czuła nieziemski lęk, wierzyła, że
da sobie ze wszystkim radę, musiała. W końcu najważniejszy krok – wyjście z piekła
na ziemi – miała już za sobą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz